Przeskocz do treści

Pytania
Tematyka Wszechbytu bardzo mnie interesuje, toteż ucieszyła mnie publikacja rozmowy pana Marka Górlikowskiego z panem prof. Markiem A. Abramowiczem p.t. "Wielki, większy, nieskończony" w Gazecie Wyborczej. Niestety, utknąłem już przy podtytule. Zamieszczone w nim cytaty z rozmowy wzbudziły podejrzenie, że będzie to popis złotych myśli i błyskotliwych bon motów. Moje obawy wzrosły przy czytaniu pierwszego akapitu. 
Każdy może myśleć i mówić, co chce, z tym, że astrofizyk nie jest w sprawach swojej nauki „każdym”! Ponieważ mam trudności w zrozumieniu potoku kategorycznych stwierdzeń, zdecydowałem się zadać Profesorowi Abramowiczowi kilka, sprowokowanych jego wypowiedziami, pytań.

Podtytuł:
Wszystko, co jest logicznie niesprzeczne, istnieje. Hipoteza Stwórcy nie jest logicznie sprzeczna. To znaczy, że muszą istnieć wszechświaty stworzone przez Boga. Dlaczego nie nasz?

Wszystko, co jest logicznie niesprzeczne, istnieje.
Czy z tak sformułowanego twierdzenia kosmologa Dennisa Sciamy wynika, że wszystko, co jest logicznie niesprzeczne, musi istnieć? To znaczy, że nic, co jest logicznie sprzeczne, nie może istnieć i że absolutnie wszystko, co istnieje jest logicznie niesprzeczne?

Skąd można wiedzieć, że coś jest albo nie jest logicznie sprzeczne, skoro to coś nie istnieje? Z samego faktu, że istnieje albo nie istnieje? Ale co nie istnieje? Czy zatem należy przyjąć, że nie istnieją żadne logicznie sprzeczne wierzenia, cuda, poglądy, twierdzenia, osądy, prawa, decyzje, zachowania, sytuacje, interesy, rozwiązania, instytucje, wydarzenia, zjawiska? Wobec tego, jakim sposobem istnieje nękana wielorakimi sprzecznościami ludzkość?

Hipoteza Stwórcy nie jest logicznie sprzeczna
Jeżeli stwórcą jest ten, kto stworzył gdzieś coś z niczego, to znaczy, że Stwórca stworzył Wszechbyt z niczego w niczym – o ile można coś stworzyć z niczego, a nicość może być miejscem? Czy wiecznie istniejący Stwórca był już stwórcą, zanim stworzył Wszechbyt? Jeśli nie był stwórcą, bo niczego nie stworzył, to kim, czym był i po co był? Jeżeli był Bogiem, to wobec kogo lub czego spełniała się jego boskość, skoro niczego poza nim nie było? Wobec siebie samego?

Jeżeli stwarzanie daje początek istnienia temu, co zostało stworzone, to kiedy i dlaczego Stwórca, który istniał zawsze, stworzył Wszechbyt? Czemu stworzył go właśnie wtedy, kiedy go stworzył? Wobec wieczności są to absurdalne pytania, choć same się narzucają...
[Wielki,większy,nieskończony,"Gazeta Wyborcza", 
22.04.2011]

Czy przypisując wiecznemu Bogu rolę Stwórcy Wszechświata, nie stawia się go w niezręcznej sytuacji, że istniejąc bez Wszechświata, jego istnienie nie miało sensu – dlatego ten Wszechświat stworzył? Czy twierdzenie, że Wszechświat został stworzony, nie stwarza tym samym problemu wyboru miejsca, czasu i przyczyny powstania Wszechświata?
Jeżeli jednak już coś istniało, z czego Stwórca stworzył Wszechbyt, to czym to coś było, jeśli nie Wszechbytem? Kiedy się coś robi z czegoś, co już jest, to czy jest to stwarzanie, czy przeobrażanie sposobu istnienia tego czegoś? Czemu Wszechświat podlega ciągłemu przeobrażaniu się, jakby jego stwarzanie wciąż jeszcze trwało?
Czy o czymś, co nie jest skończone można powiedzieć, że już zostało stworzone? Poza tym coś, co zostało stworzone, ma początek, logicznie niesprzeczne jest twierdzenie, że wszystko, co ma początek – musi mieć koniec. Jak Profesor wyobraża sobie koniec Wszechbytu?
Czy stwarzając Wszechbyt, Stwórca ustanowił warunkujące jego istnienie prawa natury? To wydaje się oczywiste! Czy to prawda, że cud jest „zjawiskiem, które według wierzeń religijnych nie wynika z praw przyrody, lecz daje się wytłumaczyć tylko interwencją Boga” (SJP PWN)? Jeżeli Stwórca ustanowił prawa natury, to czy jest logicznie niesprzeczne zaprzeczanie cudami tym prawom? Czy łamiąc ustanowione przez siebie prawa, Stwórca nie daje takim postępowaniem logicznie sprzeczny przykład swoim najdoskonalszym stworzeniom, czyli ludziom, od których oczekuje przestrzegania nadanych przez siebie praw? Czy ktoś, postępując logicznie sprzecznie – może być logicznie niesprzeczny?

To znaczy, że muszą istnieć wszechświaty stworzone przez Boga
Czy twierdzeniu – „muszą istnieć wszechświaty” nie przeszkadza fakt, że określenie wszech znaczy wszystko, i że w żadnym języku słowo wszechświat, czyli Uniwersum – nie ma, bo nie może mieć liczby mnogiej...

Jakie przymusy sprawiają, że „muszą istnieć wszechświaty”? Czy hipoteza wielości wszechświatów nie jest logicznie sprzeczna, bo kwestionuje jedyność Wszechbytu, która definiuje jego tożsamość?
Czy każdy z tych „nieskończenie wielu wszechświatów” jest oryginałem, czy tylko jeden Wszechświat został oryginalnie stworzony, a reszta to są już tylko jego repliki? Jeżeli wszystkie są oryginalnie stworzone, muszą się między sobą czymś zasadniczo różnić, co określa ich oryginalność. Czym mogą się tak bardzo różnić między sobą te „nieskończenie” mnogie wszechświaty, że nie dają się zdefiniować pojęciem Wszechbytu?
Jeżeli zaś są replikami, to czy jest zasadne nazywanie tworzenia replik – „stwarzaniem wszechświatów”? A jeżeli są elementami większej całości, to jaki sens ma określanie elementu czegoś, nazwą całości, np., że kontynenty, góry, lasy, pustynie, jeziora i morza są Ziemiami Ziemi?
Czy radykalne stwierdzenie „muszą istnieć wszechświaty” nie wyklucza możliwość, że te wszystkie światy – a nie „wszechświaty” – wzajemnie się dopełniają i razem stanowią spójną jedność Wszechbytu?
Dlaczego nie nasz?
No właśnie: dlaczego nie nasz?
W pierwszym akapicie rozmowy, Profesor wyznaje:
Wielu, jak ja, wierzy, że jest Ostateczne Królestwo i Ostateczna Nieskończoność.
Jeżeli coś jest, to musi gdzieś być. Skoro Profesor wierzy, że jest Ostateczne Królestwo i Ostateczna Nieskończoność, cokolwiek to znaczy, to szkoda, że nie zdradza, gdzie jego wiara sytuuje to „jest”? I czemu właśnie tam? Poza tym czym różni się normalna nieskończoność od Ostatecznej Nieskończoności? Dużymi literami na początku wyrazów? Poetycka wizja Ostatecznego Królestwa brzmi ładnie, ale królestwo jest jak najbardziej ludzkim systemem ustrojowym. 
Tylko z tym jednym stwierdzeniem mogę się zgodzić, że bardzo dużo ludzi podziela wiarę Profesora. W przeciwieństwie do niektórych uczonych, mój sposób myślenia musi trzymać się zasady, że dwa razy dwa równa się cztery. Wiadomo, że człowiek jest zaprogramowany na myślenie kategoriami początku i końca, bo rodzi się, żyje i umiera. Nie powinno się jednak to ludzkie naturalne ograniczenie wyobrażeniowe przenosić na postrzeganie Uniwersum! Nie potrafię sobie wyobrazić, że coś jest, jest i jest... Co stoi na przeszkodzie, by uznać, że Wszechbyt istnieje od zawsze i na zawsze i nikt go nie stwarzał? Dlatego nie ma początku ani końca. Czemu Bóg, który z definicji także istnieje od i na zawsze, musi być koniecznie stwórcą Wszechbytu: czemu nie może być jego immanentną wartością, która scala Uniwersum? Jak scalającą wartością dzieła sztuki jest jego artystyczna idea, która poza dziełemczyli własną formą – nie zaistnieje. 
Artysta tworząc, wynajduje – z inspiracji swojej intuicji i wrażliwości, z kreatywnej wyobraźni, z doświadczeń i przemyśleń – jeszcze nie istniejącą ideę i odkrywa jej własną formę.

Fot.: Judyta Papp
Prawdziwością dzieła sztuki jest jedność idei i formy – jak prawdziwością myśli naukowej jest sprawdzalność jej odkrywczych czy wynalazczych twierdzeń i prawd, tak istotą i sensem dzieła sztuki jest artystyczna niesprzeczność jego idei z formą. 
Sztuka poszerza naszą wyobraźnię o nowe wartości wyrazowe i znaczeniowe, wzbogaca wrażliwość o nowe doznania. Dzięki przeobrażeniom w sztuce, odnowiła się jej zdolność antycypacji: twórczość artystyczna uzyskała nowe możliwości wyrazowe i właściwości refleksyjnego kształtowania, które otwierają duchowość na nowe wrażenia i nieznane dotąd przeżycia, jakie przynosi postęp cywilizacji, oswajając człowieka ze zmieniającą się rzeczywistością cywilizacji nowych technik i inteligentnych technologii.

Dzięki współczesnej sztuce ludzkość przystosowuje się do życia w nowoczesnym świecie. A jak nauka przygotowuje świadomość człowieka na spotkanie z nową skalą poznania i wiedzy, z nową wizją Kosmosu i oswojenia się z nieskończonością Wszechbytu?

Człowiek, podobnie jak nasze dwie suczki czy kwiaty mojej żony, dostał wszystko, co jest mu potrzebne do rozumienia uwarunkowań swojego życia i świata. Uważam, że również zrozumienie natury Wszechbytu jest możliwe i nieuchronne, by dookreślić tożsamość człowieka, jako istoty rozumnej i aby dopełnić jej samoświadomość miejsca w Uniwersum, co całkowicie zmieni kryteria rozumienia człowieczeństwa.

Jaki mamy pożytek z takich nawiedzonych naukowców? Myślę, że Bogu swoimi wymyślonymi absurdalnymi odkryciami także się nie przysługują. Szkoda, że religijne światopoglądy zadają gwałt rozumowi i zakłamują logicznie niesprzeczne myślenie o Wszechświecie, a tendencyjne ideologie fałszują świadomość, blokując poznanie natury i znaczenie fenomenu życia we Wszechbycie oraz sensu człowieczeństwa. Wydaje się, że jedynym możliwym sensem zaistnienia istoty rozumnej w nieskończoności i wieczności Wszechbytu, może być jakaś specjalna rola – misja – człowieka, którą człowieczy umysł jeszcze na obecnym etapie swojej duchowej ewolucji nie potrafi pojąć, choć jej istnienie wyraźnie czuje...

PS. Pytania nie chciała opublikować Gazeta Wyborcza (na zasadzie: bo nie). Niemniej ukazały się w dniu 27 czerwca 2011 roku, w internetowym wydaniu pisma kulturalnego FRAGILE. Nie było odpowiedzi, co mnie nie dziwi i nie martwi...

Odpowiedzi
Na własne potrzeby porządkowania myślenia, opracowałem logiczną metodę rozpatrywania złożoności problemów na czterech poziomach ich komplikacji:
1. element
2. układ elementów
3. zbiór układów
4. całość zbiorów

Całość zbiorów staje się elementem na wyższym lub niższym poziomie rozpatrywania złożoności czegokolwiek, np. przestrzenna złożoność miasta: dom, ulica, osiedle, miasto etc. Dzięki tej metodzie nauczyłem się myśleć systemowo. Poza tym kieruję się zasadą, że warunkiem sensownego myślenia jest przestrzeganie, by dwa razy dwa równało się cztery.
Uważam, że człowiek – jak każde stworzenie na swoim poziomie złożoności – ma wszystko, aby zrozumieć, czym jest jego rzeczywistość. Mnie to rozumienie, czym jest Wszechbyt, życie, ewolucja, człowieczeństwo – jest potrzebne do bycia samoświadomym człowiekiem.
Nie dziwię się, że dla pierwotnych ludzi Ziemia była płaska, mam do nich tylko o to pretensję, że nie mając żadnych możliwości poznania, jaka jest Ziemia – odważyli się mieć swój kategoryczny pogląd na jej kształt. Podobną światopoglądową ignorancją kierowali się ludzie w późniejszych cywilizacjach i kieruje się współczesna ludzkość.

Wszechbyt
Przy rozpatrywaniu Wszechbytu, podstawowym błędem jest ignorowanie faktu, że człowiek jest ukształtowany na swoje życiowe potrzeby postrzeganiem i myśleniem w kategoriach początku i końca. Nie potrafię sobie wyobrazić nieskończoności: że coś jest, jest, jest...
Skoro ideologia kreacjonizmu jest sprzeczna z ludzkim doświadczeniem samoistności natury, rozpatrując fenomen Wszechbytu, musiałem zacząć od elementarnego pytania – czym jest istnienie Wszechbytu? Oczywista odpowiedź: jest pozbawionym początku i końca bytem elementów Wszechbytu. Drugie pytanie – na poziomie złożoności układu – jaki jest sposób bycia nieskończenie zróżnicowanych elementów Wszechbytu? Oczywista odpowiedź: jest nieskończonym procesem przeobrażania wzajemnych relacji przyczynowo skutkowych między elementami. Trzecie pytanie na poziomie złożoności zbioru: Wszechbyt jest nieskończonym zbiorem układów jego elementów. Czwarte pytanie na poziomie złożoności całości: jakie może być najpierwsze prawo definiujące istotę Wszechbytu? Tym scalającym Wszechbyt prawem może być tylko nieskończoność przeobrażania się elementów, układów, zbiorów i całości Wszechbytu.

Wątpliwości
Po pierwsze: czy jednak coś, co nie ma początku ani końca, co jest wieczne i nieskończone można nazwać całością? Przy braku kontekstu innej całości, wobec której definiuje się jako strukturalnie określona całość? Bo nie sposób użyć tego scalającego określenia np. do potencjalnej nieskończoności ciągu cyfr czy linii. Rozum podpowiada, że zachodzi istotna różnica między ciągiem cyfr czy linii a Wszechbytem: ciągi powstają – mają początek i tylko teoretycznie mogą się nigdy nie kończyć, a Wszechbyt jest: nie ma początku ani końca – jest całością w swoim istnieniu-przeobrażaniu się. Bo wszystko, co jest – zawiera się w pojęciu wszech-byt. Pytanie: co było przed Wszech-bytem albo będzie po nim jest niemożliwe, ponieważ jest wewnętrznie sprzeczne, jak pytanie: co żyło przed powstaniem życia?
A po drugie: czemu wszystko we Wszechbycie nieustannie się przeobraża? Każdy to wie z własnego doświadczenia, że wszystko, co jest wzajemnie na siebie oddziałuje: mówi się, że kropla drąży skalę. Zachodzi natomiast istotna różnica między ludzkim pojmowaniem skutków działania tej kropli: natura nie zna pojęcia niszczenia, naturalne przeobrażanie jest funkcją tworzenia wciąż nowego sposobu bycia elementów, układów elementów, zbiorów układów i całości zbiorów Wszechbytu. Tak natura odnawia swoje trwanie...
I po trzecie: z przeobrażaniem wiąże się kwestia jego kierunku: czy te procesy zmian kierują się jakimś planem – zmierzają do jakiegoś celu? Jaki cel-koniec przeobrażeń może mieć coś, co jest wieczne? Z drugiej strony: nieukierunkowane przeobrażenia prowadziłyby do totalnego chaosu. Pozostaje tylko jedna możliwość sensownego pojmowania funkcji przeobrażania: powtarzalność. Nie mamy żadnych dowodów ani argumentów na twierdzenie, że tzw. Wielki Wybuch był jednorazowym wszech-świato-twórczym wydarzeniem, mamy natomiast oczywiste dowody powtarzalności procesów natury w odradzającej się na wiosnę przyrodzie, nie wspominając już o rozrodczości.
Są jeszcze inne pojęciowe problemy: czy można używać określeń przestrzeń i czas w odniesieniu do Wszechbytu? Tak, ale:

Czym jest przestrzeń?
Wielopostaciowym fenomenem i wieloznacznym pojęciem? Czymś innym w obiektywnym świecie fizycznym, jako naturalne czy sztucznie ustanowione zjawisko mierzalne i opisywalne, a czymś innym w subiektywnym wymiarze psychicznym, jako sfera znaczeń, osobistych doznań, indywidualnej pamięci, wyobraźni, myślenia i świadomości, czy jako społeczna przestrzeń współżycia i komunikacji, zbiorowego doświadczenia, wiedzy, wartości kulturowych i funkcji symbolicznych? Albo jako przestrzeń wirtualna, czy informatyczna?

Przestrzeń jest zawsze przez coś tworzona i istnieje w czasie, jest przestrzenią czegoś i powstaje między czymś: między miejscami, obiektami, kontynentami, planetami, zdarzeniami, myślami. Przestrzeń między ludźmi ma szczególny charakter: może łączyć albo dzielić.

Kosmos
SJP PWN: kosmos m IV, D. -u, Ms. ~sie, blm
1. «nieskończony w przestrzeni i w czasie zbiór ciał niebieskich; wszechświat»
2. pot. «przestrzeń pozaziemska, dostępna ludzkiemu doświadczeniu, w której dokonywane są eksperymenty i loty kosmiczne» «Loty w kosmos».
3. filoz. «świat pojęty jako wewnętrznie uporządkowana i harmonijnie zbudowana całość, przeciwieństwo chaosu»

Już na pierwszy rzut oka widać, że te definicje są bardzo potoczne – nieporadne, nieprecyzyjne, nie konsekwentne i nieprawdziwe, bo:

Ad 1. w jakiej przestrzeni – przez co współtworzonej? Wiadomo, że przestrzeń i czas są pojęciami wymiernych wartości, a więc dotyczą czegoś skończonego. Powinno być: nieskończony zbiór, bo w pojęciu zbiór zawiera się już przestrzenność, różnorodność, układowość etc.
Ad 2. Przestrzeń pozaziemska, dostępna ludzkiemu doświadczeniu – jak nieskończoność może być dostępna ludzkiemu doświadczeniu? Moim doświadczeniem jest, że wszystko ma początek i koniec! A poza tym, Planeta Ziemia jest integralnym elementem Wszechbytu, co znaczy, że Wszechbyt nie jest przestrzenią pozaziemską. Powinno być: Dzięki postępowi techniki i technologii ludzkość rozpoczęła badawczą penetrację Kosmosu. (Stefan Papp, Przestrzeń, 2002, Universitas, Kraków. Str. 43.)
Ad 3. „świat pojęty jako wewnętrznie uporządkowana /.../ całość” – jak coś nieskończonego może mieć wnętrze, skoro nie ma zewnętrzności? Czym może być zewnętrzność tego wnętrza? Wobec czego jest ta wewnętrzna całośćwewnętrzną całością? Wobec samej siebie? 
Dziwna to filozofia. Mam ogromne pretensje do naukowców, że tak bez żenady zawodzą, że infantylnie traktują naukę jak zabawkę. Kończę 85 lat i nigdy nie słyszałem, żeby któryś astrofizyk zwrócił na to uwagę, że Planeta Ziemia jest elementem Kosmosu, a ludzie są Kosmitami. Tak, jak Warszawiak jest Warszawiakiem.

Terminu PRZESTRZEŃ można używać tylko w rozumieniu mierzalnej przestrzeni, współtworzonej przez coś: jako przestrzeń między czymś a czymś, np. przestrzeń między Ziemią a Księżycem, między ciałem kosmicznym a jego obserwatorem, między planetami, galaktykami etc. Sam Wszechbyt – jako wszelki byt – nie może współtworzyć relacji przestrzennych, bo nie ma z czym. Z tego wynika, że określenie Przestrzeń Kosmiczna – w rozumieniu Wszechbytujest nieuprawnione. Nieuprawnione jest również określenie całość, bo co wyznacza granice tej całości? To jest oczywiste pytanie: wobec czego Wszechbyt może być całością, skoro jest nieskończony i wieczny? Musi natomiast być jednością. 

Język jest najważniejszym narzędziem poznawczego wyrażania, nazywania, co rozum odkrywa w poszukiwaniu różnych prawd. W sztuce istnieje ulubiona dziedzina malarzy, którą okrutnie nazwano martwą naturą. Nieadekwatność tej nazwy jest także oczywista: w sztuce wszystko, co artysta tworzy – jest martwe, ale nikt nie nazwie słynnego obrazu Śpiącej Wenus Giorgione’a – Martwa śpiąca Wenus...
Jeżeli okazuje się, że nie można jednocześnie badać miejsce i ruch, to wystarczy zmienić pytanie: czym jest ruch? – ruch jest zmianą miejsc. O tym, że Wszechbyt jest wieczny, dowodzi niemożliwość pytania: co było przed bytem?

Podobnie można używać terminu czas tylko wobec wieku czegoś czy dziania się jakichś zdarzeń. Określanie Wielkiego Wybuchu jako czasu powstania Wszechbytu, może dotyczyć tylko aktualnego stanu Wszechbytu, ponieważ istniał on zawsze – czyli wiecznie. Kierując się logiką, można np. dojść do wniosku, że te Wielkie Wybuchy muszą się powtarzać. A skoro się powtarzają, to znaczy, że rozszerzanie Wszechbytu musi się w pewnym jego stanie – odwrócić w proces skupiania, który doprowadza do kolejnego Wybuchu etc. Przypisując Wielkiemu Wybuchowi rolę narodzin Wszechbytu, tym samym zakładamy, że Wszechbyt ma początek, co oznacza, że musi mieć koniec, i że ewolucja Wszechbytu ma linijny charakter: to znaczy, że dokądś zmierza. Dokąd? I po co? Czy odradzanie się przyrody na wiosnę, niczego nas nie uczy? I jeszcze jedna – humanistyczna – refleksja: podobnie jak w kropli morskiej wody odzwierciedla się całe morze, również w Planecie Ziemia odzwierciedla się istota Wszechbytu. Ziemianie powinni to zrozumieć i o tym pamiętać, że – rodząc się i żyjąc na Ziemi – zaistnieli w nieskończonym Wszechbycie. Jest to o tyle ważne, że sprzyja identyfikowaniu się człowieka z Ziemią – jako swoim miejscem w Kosmosie. W tym kierunku zmierza – wymuszona postępem – globalizacja świata: aby ludzie poczuli się mieszkańcami swojej Planety: Rodziną Człowieczą odpowiedzialną za dobrostan Ziemi. Innym stworzeniom taka kosmiczna tożsamościowa samoświadomość nie jest potrzebna do bycia sobą wśród odmiennych – równoprawnych – lokatorów Ziemi. Z takiego konsekwentnego myślenia wynika, że natura nie uznaje żadnych panów, ani żadnego panowania kogokolwiek nad kimkolwiek i czymkolwiek: natura kieruje się zasadami współistnienia i wzajemnego dopełniania się wartości. Parasolka służy ochronie przed deszczem-słońcem – a nie do panowaniu nad deszczem...

Życie
Nie wiem, dlaczego we Wszechbycie zaistniało życie – niewyobrażalna wielość form życia, ale mnie to nie zaskakuje, że powstało życie i że nie wiem, po co. Nie mam też żadnych podstaw, aby zakładać, że życie występuje wyłącznie na Planecie Ziemia, wręcz przeciwnie: systemowe myślenie wymusza założenie, że wszystko, co gdzieś istnieje – jest z natury rzeczy sposobem bycia Wszechbytu – żadnych obcych intruzów na Ziemi nie może być, bo Wszechbyt jest jednością niewyobrażalnie wielorakich bytów. Muszę więc przyjąć, że życie nie jest ewenementem w naturze, cudem Ziemi, lecz normalnym przejawem jej funkcji przeobrażeń – niewyobrażalnie wspaniałym dziełem natury. Tak doskonałe systemy i formy życia nie mogą powstawać przypadkowo – rządzą się niewyobrażalnie precyzyjnymi – dopełniającymi się – prawami natury.
Kreowanie różnych potworków i obrzydliwych stworków – atakujących w powieściach i filmach science fiction biednych Ziemian, są szczytem głupoty, infantylizmu i bezczelności. Nie wiadomo czemu ci dziwaczni Kosmici mają jajowate głowy i po trzy palce u rąk i stóp?
Obserwując skomplikowaną i tak precyzyjnie ukształtowaną strukturę mojego organizmu – jestem ogromnie przejęty i zafascynowany moim wyposażeniem duchowym i cielesnym, odpowiedniością i niewiarygodną doskonałością funkcjonowaniawe wzajemnym dopełnianiu się – tak niewyobrażalnie zróżnicowanych organizmów. Jakże wysoką techniką i inteligentną technologią posługuje się natura w tworzeniu struktur organicznych fantastycznych – a nie dziwacznych – stworzeń. Przy tym żadna forma życia nie powstała w próżni – sama dla siebie i nie jest zbyteczna, lecz doskonale wpisana w swoje biologiczne miejsce, w swoją środowiskową rzeczywistość. Oznacza to, że przeobrażanie jest procesem ściśle zaplanowanym, konsekwentnym i przewidywalnym, do bólu precyzyjnym i konsekwentnym w ustanawianiu koegzystencji natury żywej i nieorganicznej. Martwej?

Gdyby ktoś zadał sobie trud i skompletował listę organów: urządzeń, połączeń, systemów koordynacji, regulacji i kontroli etc, każdego organizmu: od pchły po człowieka – okazało by się, jak bardzo skomplikowana jest struktura i funkcjonowanie żywego organizmu, np. przeobrażenie bodźców świetlnych, uchwyconych przez oczy – w doskonałe widzenie rzeczywistości...
Trudno nie domyślać się, że ta kreatywna struktura Wszechbytu musi być jednością w jej immanentnej spójności: jako nieskończonej w przeobrażaniu się formacji bytu. Nie wiele wiemy o pospolitym kamieniu, którego życiorys obejmuje niewyobrażalne procesy przeobrażania się w aktualny sposób kamiennego bytu...
Z tej wyobrażeniowej eksplikacji fenomenu życia wynika, że życie – jako wspaniały sposób istnienia organicznych form BYTU – jest niewyobrażalnie złożonym zespołem wielorakich precyzyjnie skoordynowanych funkcji życiowych, o zdolnościach przewidywalnych, przystosowawczych i samoregulacyjnych. Przy tym, każda forma życia rozwija się w swoim środowisku, w symbiozie bytów, których wspólną cechą jest komplementarność wyżywienia i rozmnażanie się – zachowanie gatunku, zgodnie z rodzajem, ze specyfiką każdej formy koegzystujących form bytu.

Czym, wobec tego, może być ta przestrzeń kosmiczna, w której istnieją byty Wszechbytu? Próżnią? Nie przypominam sobie, abym kiedykolwiek czytał wyniki badań sprowadzonych na Ziemię próbek tej rzekomej pustki. Domyślam się tylko, że w środowisku działania tak potężnych sił - musi dokonywać się coś ważnego dla przestrzeni międzyplanetarnej, jako środowiska ciał niebieskich.

Carl Friedrich von Weizsäcker kończy swoją książkę Jedność przyrody walką z wiatrakami

Jedno i Jest:
„Jeśli Jedno j e s t, to jego jedność należałoby odróżniać od jego bycia. W takim razie jednak w Jednym jest już w istotnie dwoje; właśnie Jedno i Jest. Każde z tych dwojga znów ma dwoje w sobie (an sich): Jedno ma w sobie, że jest, Jest zaś, że to jedno jest. Można tak literować w nieskończoność. Jedno, jeśli jest, zawiera nieskończoną wielość [...]. W tej wielości wykazuje się następnie inne z gatunków najwyższych (na przykład różność na gruncie różnicy pomiędzy jednością i byciem) oraz liczby. Bytujące Jedno rozwija się w świat. Oczywiście w świecie tym stale odnajdują się nieuchronne sprzeczności, które były ustanowione już z jego początkiem. Tak więc nie tylko bytujące Jedno jest Wiele, lecz również Jedno samo jest rozdzielone przez byt i jest z konieczności Wiele. [...] Logik nie ujdzie sprzeczności także w bytującym świecie. Potrafi on, tak to można by, choć jeszcze powierzchownie, omówić – zatrzymać i opisać niesprzecznie każdorazowo bytujące Jedno, dopóki nie bada jego pochodzenia i jego dalszego dzielenia się, dopóki więc nie bada sposobu, w jaki jego jedność może być, zaś bycie może być jednościowym.” (Carl F. von Weizsäcker, Jedność przyrody, 1978, PIW, Warszawa. Str. 508)
Nie wiele z tego żonglowania pojęciami Jedno i Jest zrozumiałem – nie jestem naukowcem. Nie przekonują mnie wszelkie religijne ideologie, więc staram się dane mi wspaniałe możliwości duchowe wykorzystać, by zrozumieć, czym jest Wszechświat, czym jest człowiek, jak być człowiekiem?
Zauważyłem natomiast, że cytowany autor jest pasjonatem jednosłownej definicji przyrody i Wszechbytu w ogóle, co odkryłem już dawno temu – jako funkcji przeobrażania. Bo ja z kolei, jestem zafascynowany życiem, a jak wiadomo, powstaje ono z połączenia dwóch czynników sprawczych zapłodnienia: jajeczka i plemnika. Z tego doświadczenia wynika, że istotą jedności przyrody we Wszechbycie jest jedność praw natury, a nie jakaś jednosłowna nazwa.
Może należałoby zmienić stereotypową optykę i zacząć postrzegać rzeczywistość Kosmosu jako strukturę ożywioną? Może tradycyjna definicja życia jako organicznego fenomenu, jest zbyt uproszczona i ograniczona? Uznanie powiązania życia z nieorganiczną strukturą Wszechbytu, pozwoli zrozumieć jedność praw natury jako immanentnego systemu odnawiania trwania Wszechbytu..
Dla umierającego świat się kończy, choć wie, że po swojej śmierci ślady jego obecności na Ziemi będą nadal istniały – w nieskończoność.
W ujęciu praw natury – każda śmierć jest skutkiem przeobrażania się stanu organizmów w inny sposób bycia. Stąd tradycja kultu zmarłych. Wierzący w życie po życiu liczą na nieśmiertelność duszy, nie zdając sobie sprawy, że oznacza to wieczność – nieskończoność jednostajnego trwania dusz, bo co się ma duszom przydarzać czy zmieniać? Tymczasem cielesne szczątki umarłych – nawet spopielone – nie znikają z Wszechbytu, lecz uczestniczą w jego wiecznym procesie przeobrażenia się bytów. Od jakości życia człowieka zależy, jaką pozostawi pamięć o sobie.
Kiedy mnie ktoś pyta, czy wierzę w Boga – nie bardzo wiem, co odpowiedzieć, bo dla mnie wszechmogącym BOGIEM jest ta niewyobrażalna immanentna moc sprawcza natury, SCALAJĄCA tak niewyobrażalnie zróżnicowaną złożoność Wszechbytu.

Ewolucja
Zwolennicy kreacjonizmu negują teorię ewolucji i wcale im się nie dziwię, skoro mentalnie utknęli na jej wczesnym etapie magicznego postrzegania rzeczywistości, mistycznego myślenia, pychy panowania nad naturą i infantylnego pojmowania Boga – kiedy stworzona przez niego Ziemia była jeszcze płaska. Widocznie dla twórców religii – Ziemia była Bogu potrzebna, aby miał gdzie wypędzić z raju parę swoich pierwszych nieudaczników. Kreacjoniści nie zauważyli, że wrabiają Boga w sprowadzenie zła z raju na Ziemię. Istotą wiary jest, że ignoruje rozum...
Na pytanie o ewolucję, mój rozum odpowiada, że – w przeciwieństwie do wierzących w teorię boskiej kreacji ludzkiego świata – ludzie już na poziomie pierwotnej dzikości, ujawniali kreacyjne uzdolnienia i z biegiem czasu, z życiowej potrzeby coraz bardziej usprawniali swoje warunki życia. Istotą postępu cywilizacyjnego jest jego kontynuacyjny charakter przeobrażeniowy: każda innowacja jest wywiedziona z konkretnej potrzeby, ale wprowadzając swoimi nowymi możliwościami pewne zmiany w warunkach życia, postęp przekracza już istniejące oczekiwania, wywołując nowe, już bardziej zaawansowane potrzeby etc. O tym, że warunkiem postępu jest potrzeba zmiany, świadczy brak jakiejkolwiek innowacji w życiu społeczności, które od swojego zarania świadomie, bo z nakazu swoich wierzeń – nie chcą żadnych zmian.
[http://freeisoft.pl/2012/02/w-amazonii-odkryto-dzikie-plemie-suruwaha-ktore-nie-znalo-cywilizacji-film/]

Z tego rozumowania wynika, że ewolucja i postęp wzajemnie się stymulują – jako ciąg przeobrażeń sposobu bycia i adekwatnego do zmian cywilizacyjnych – rozwoju duchowego ludzkości. W Człowieczej Rodzinie ewolucja i postęp są jednojajowymi bliźniakami..
Nie trudno zauważyć, że sposobem bycia JAKOŚCIOWO różnimy się od ludzkości z minionych wieków, że współczesne warunki życia daleko odbiegają od historycznych cywilizacji. Niestety, uczciwość nie pozwala mi podobnie kategorycznie stwierdzić, że różnimy się od naszych przodków jakościowo także nowoczesnym sposobem myślenia, bo to nie jest takie oczywiste. Ale te zmiany warunków egzystencji jednoznacznie świadczą o dążeniu ludzkości do coraz wyższego postępu cywilizacyjnego i rozwoju społecznego.
Na podstawie tej logicznej konstatacji uprawnione jest założenie, że ludzkość jeszcze nie jest gotowa, że jej ewolucja zmierza do jeszcze bardziej niewyobrażalnej doskonałości predyspozycji duchowych człowieka. Znaczy to, że powinniśmy z większą pokorą i ostrożnością sprawować swoje człowieczeństwo – na miarę etapu naszego ewolucyjnego rozwoju duchowego. Nie należy nadużywać swoich ograniczonych kompetencji sprawczych, bo z ignorowania praw ewolucji człowieczeństwa biorą się współcześni dyktatorzy: Hitler, Stalin, Mao, Putin i wielu innych moralnych dewiantów anachronicznego kultu jednostki..
Jak to się dzieje, że wiedząc o tych naturalnych ewolucyjnych przeobrażeniach i nieuchronnych postępowych zmianach jakościowych – nie uświadamiamy sobie, że ci, którzy przyjdą po nas – również będą nas oceniać i dziwić się naszemu niepojętemu barbarzyństwu? Nie wiem, czy ktoś jeszcze zadaje sobie takie dzisiaj intelektualnie niepoprawne pytania, ale proszę przyszłą – doskonalszą ludzkość, aby mnie nie zaliczała do bezmyślnych barbarzyńców: bo świadomie i zdecydowanie nie akceptuję takiej nieludzkiej ludzkości mojego czasu, która jest obrazą – negacją – sensu CZŁOWIECZEŃSTWA.

Krótki komentarz
Czym jest człowiek wobec wszelkich innych stworzeń: taki podobny, a tak całkowicie jakościowo odmienny? Kierując się rożnymi interesami, brakiem wiedzy i ignorowaniem praw żywotnych przyrody, nawiedzeni twórcy fantastycznych religijnych ideologii, nadali sobie – człowiekowi – władczą rolę absolutnego pana natury. Wiadomo, że religie są hierarchicznymi systemami mentalnymi. Pytam, bo odczuwam moralny wstyd, że ludzkość tak marnie, tak haniebnie korzysta ze swojej duchowej najwyższości, by panować nad niewyobrażalnie doskonale zorganizowaną i funkcjonującą przyrodą, której jest rozumną, ale nie zawsze mądrą cząstką. To nie jest tak, że Myślę, więc jestem, - bo samobójcy też myślą. Po prostu: Jestem człowiekiem, dlatego muszę myśleć, jak być człowiekiem.

Ludzkość powinna liczyć się z faktem, że jej sztuczny świat nie może rozwijać się kosztem i na gruzach natury, że nie może być zaprzeczeniem natury, lecz – przynależąc do Wszechbytu jako dzieło człowieka – wnosi do fenomenów UNIWERSUM owoce człowieczego geniuszu kreacyjnego. Świadomość tej wspólności Wszechbytu wyraża się w partnerskiej postawie człowieka wobec natury. Takiej świadomości brak technokratom i tym, którzy uwierzyli, że są z woli Boga panami świata...

Ne mamy możliwości stwierdzenia, że poza Ziemią istnieje życie, ani tego, że nie istnieje. Przyjmuję z nakazu rozsądku, że Ziemia nie może być jedyną ożywioną planetą we Wszechbycie, bo dlaczego miałaby być takim dziwnym wyjątkiem? Nie zamierzam jednak zgadywać, jakie formy życia mogą występować na innych planetach. Nie mam podstaw, aby wyobrażać sobie, że są zdecydowanie odmienni, bo czemu i po co? Na pewno są przystosowane do lokalnych uwarunkowań, bo natura tak działa. Na pewno są także identyczne z formami Ziemskimi, bo są dziełem tych samych praw natury.

Autorzy książek i filmów science fiction rywalizują w wymyślaniu koszmarnych OBCYCH, którzy zaistnieli tylko po to, aby napaść na Ziemię i super techniczną bronią wymordować ludzkość. Głupota takiej wizji istot rozumnych z innych planet jest bezdenna. Bezmyślni ludzie kochają okrucieństwa, więc bezmyślni autorzy zaspokajają ich potrzeby: dla kasy. Co się dziwić: wiadomo, że stare, najbardziej popularne bajki dla dzieci są pełne okrucieństw...

Bardzo szkodliwe są też skutki świadomościowe tej bestialskiej fobii futurologicznej, siejącej międzyplanetarną wrogość i nienawiść do potencjalnych przybyszów z Kosmosu. Cytuję z: „SJP PWN: futurologia ż I, DCMs. ~gii, blm «badania dotyczące przyszłości, mające na celu ułatwienie świadomego kształtowania kierunku rozwoju życia społecznego, politycznego, gospodarczego, rozwoju nauki, techniki, wykorzystywania zasobów itp.; naukowe przewidywanie przyszłości, prognozowanie”. Mądra i prawdziwa definicja, tyle, że ignorowana. Naukowcy badając przyszłość, osobliwie przenoszą nasze współczesne problemy w czas przyszły: nie słyszałem, aby koś pomyślał o tym, że w przyszłości – tak jak w dalekiej przeszłości pojawił się pieniądz - tak może za sprawą postępu zniknąć z ludzkiego świata, i wszystko – człowiek, życie, relacje międzyludzkie, porządek świata – radykalnie jakościowo się zmieni.

Dzieje cywilizacji dowodzą, że świat się nieustannie – z każdą historyczną epoką –rozwija i doskonali. Czy tak trudno dostrzec ewolucyjny charakter tych zmian i zrozumieć, dokąd ludzkość zmierza? Na to pytanie powinni byli już dawno odpowiedzieć współcześni myślicieli. Bo zgodnie z definicją futurologii, ma ona „na celu ułatwienie świadomego kształtowania kierunku rozwoju życia społecznego, politycznego, gospodarczego, rozwoju nauki, techniki, wykorzystywania zasobów etc”. A wychodzi, jak zwykle: nauka służy wielorakim doraźnym sprzecznym interesom producentów i polityków. Także dla kasy. Rozważania na temat nieuchronnego wyczerpywania się funkcji pieniądza sprawiały mi dziką satysfakcję, kiedy wyobrażałem sobie miny miliarderów, kiedy okaże się, że człowieka już nie czyni pieniądz, lecz inwestowanie w siebie – w osobiste duchowe wartości..
Jestem pod tak wielkim wrażeniem ujawniających się w coraz szybszym tempie – prawie nieograniczonych – możliwości sprawczych postępu, że usiłuję domyślić się, co nowego może się wkrótce pojawić w moich cywilizacyjnych warunkach bycia? Próbuję pociągnąć dalej wektory niektórych trendów, by zobaczyć, dokąd wiodą i czy w ogóle mają przyszłość. Okazuje się, że eskalacja wojen nie może mieć z zasady przyszłości, a globalizacja jest funkcją przyszłości. Trudno sobie wyobrazić współczesnego świata bez lotnictwa, samochodów, telewizji, Internetu czy telefonii komórkowej. Mogę natomiast z łatwością wyobrazić sobie ludzki świat bez wojen, nędzy, chorób, głodu, bezdomności. Świata na miarę człowieczego geniuszu.

Kiedy słucham muzyki, śpiewu, oglądam dzieła na wystawie, spektakle teatralne, balety, filmy, kiedy czytam książki, wiersze – bywa, że przechodzą mi ciarki po plecach z przeżywania szczególnego działania wielkiej sztuki ziemskiej ludzkości. Na jakiej podstawie mam kierować się przekonaniem, że mieszkańcy innych Planet zajmują się głównie wytwarzaniem straszliwej broni dla zniszczenia Ziemi?

Jakże wspaniałym wyrazem człowieczej sprawności jest umiejętność uczenia się, działania, organizowania i zarządzania, kreatywna wyobraźnia wynalazcza i odkrywcza, zdolność twórczego przeobrażanie wartości. Jakże wspaniałym darem natury jest ludzka wrażliwość na piękno i refleksję artystyczną – w kształtowaniu międzyludzkiej niewerbalnej komunikacji duchowej. Jakże wspaniałe są człowiecze empatyczne emocje: miłość, czułość, przyjaźń, życzliwość, radość, zachwyt, współczucie, smutek, żal...
Nie wiem, co czuje terrorysta, który kliknięciem na przycisk w telefonie komórkowym uruchamia wybuch bomby. Pewnie z religijnej inspiracji traktuje zabijanie niewiernych – jako  przysłużenie się swojemu barbarzyńskiemu bogu – za obietnicę atrakcyjnej nagrody w Niebie. Nie wiem, co przeżywa złodziej, oszust, pijany kierowca po wypadku, podły polityk, nieuczciwy pracownik, pazerny pracodawca, sprzedawca, urzędnik. Dobro nie ma mocy rekompensowania zła: o jakości ziemskiego człowieczeństwa nie świadczą godne postawy i wielkie dokonania jednostek, lecz najsłabsze ogniwa w międzyludzkich stosunkach.

Nie wierzę w moc sprawczą umowy społecznej, że od jutra będziemy lepszymi ludźmi. Jestem natomiast pewny, że w przyszłości postęp wymusi zmianę barbarzyńskiego kryterium człowieczeństwa konkurencji i walki o byt – na godne człowieka PARTNERSKIE współżycie ludzi między sobą i ze swoim kulturowym i naturalnym środowiskiem.

Aby zrozumieć, czym jest człowiek, trzeba zdać sobie sprawę z jego wspaniałego psychicznego usposobienia – przez wnikliwe rozpoznanie bogactwa własnej duchowości i swoich talentów.
Trzeba przebić się przez narosłe warstwy kulturowe zewnętrznych wpływów i dotrzeć do SIEBIE prawdziwego: do swojego samoistnego, niepowtarzalnego i nieprzekazywalnego JA. Do swojej nieskażonej marnymi chciejstwami i niezafałszowanej nieludzkimi ideologiami naturalnej tożsamości. Wtedy ujawni się, czego naprawdę pragniemy i akceptujemy, a co jest obce naszej autentycznej – niezmanipulowanej zewnętrznymi wpływami – osobowości. Kiedy poznamy nasze osobiste – skrywane dotąd i tłumione – oczekiwania i predyspozycje życiowe, postawmy sobie światotwórcze pytanie: w jakim świecie chcę żyć? Bo świat jest taki, jacy są ludzie, jakie są ich marzenia i oczekiwania. Jakie są ich ogłupiające wierzenia. Dlatego – wychodząc naprzeciw dążeniom postępu do doskonalenia ludzkiego świata – trzeba go zmieniać, zaczynając od siebie: od oczyszczenia z  barbarzyństwa świadomości i swojego zaborczego sposobu bycia człowiekiem. Po prostu, człowieczeństwo zobowiązuje.

Rzeźba: Stefan Papp, „Życie”, 1988, drewno.
Tekst: Stefan Papp, 2018 ©